piątek, 11 października 2013

Dzień drugi

Chciałbym być sobą. Przy Tobie sobą chciałbym być...


WTOREK

   Około siódmej dwadzieścia do mojego pokoju wpadła Melka, krzycząc przeraźliwie i wskakując na moje łóżko. Ledwo przytomna, bo kto byłby przytomny po sześciu godzinach snu?, usiadłam na materacu i spojrzałam na nią pytająco.
   Jej włosy żyły własnym życiem, oczy były wystraszone, a wargi przygryzała tak mocno, że obawiałam się, iż zaraz tryśnie z nich krew. Kolana podciągnęła mocno pod brodę i oplotła je swoimi chudymi, długimi rękoma, jak liną marynarską.
- Co się stało? - Spytałam zachrypnięta.
- Pająk - wydukała.
   Wstałam z łóżka, głośno wzdychając.

- Drugi dzień! Drugi dzień! - Piszczała radośnie moja przyjaciółka, podrygując u mego boku, jak piłeczka kauczukowa.
- Zrozumiałam. To znaczy, nie zrozumiałam, bo nie mam zielonego pojęcia od czego, lub do czego, liczysz, ale dotarło do mnie, że to drugi dzień - pokiwałam głową. - Dziecko drogie, uspokój się.
   Posłała mi karcące spojrzenie, a ja przytrzymałam trochę jej ramiona, żeby zniwelować to dygotanie. Nie podziałało. Człowiek na baterie!
- Pamiętasz nasz zakład?
- Tak - odpowiedziałam wolno, kiwając głową.
- Dzień drugi - wypowiedziała dokładnie i zbyt dosadnie.
   Doznałam olśnienia. Mało brakowało, a potrzebna byłaby żarówka, jak w Zaczarowanym Ołówku.
- Kto? - Spytałam ostro.
- A kogo wczoraj zabawiałaś przy herbatce?
- Żadne zabawiałaś i żartujesz? - Warknęłam na nią.
   Zrobiło mi się trochę głupio, ale zasłużyła.
- Piotrek? Serio?
- Dlaczego nie? Wolny. Powiedziałam ci, że to będzie facet, któremu ulegniesz - puściła mi oko. - Jest siatkarzem. Już niewiele mu brakuje!
- Och, daruj sobie! - Wywróciłam oczyma.
- Dziewczyno, a Kądziu?
- Michał to kolega z dzieciństwa.
- Tak, tak, a cnotę stracił z piłką od plażówki - prychnęła.
- Melka - zaśmiałam się. - Cóż za spostrzegawczość - to było ironiczne. - Skąd wiesz, że byłam jego pierwszą? Hm?
- Miał wtedy siedemnaście lat! Wątpię, żeby był z niego, aż taki Szybki Bill.
   Zrobiła minę niczym Mariolka z kabaretu Paranienormalnych.
- Dobra, przestańmy obgadywać Miśka - westchnęłam.
- Musiał być dobry.
- Co?
   Dotarło do mnie, co ma na myśli.
- Przestań! - Walnęłam ją. - Zboczeniec.
- Ej - wycelowała we mnie swoim długim, szczupłym palcem, zakończonym, pomalowanym na niebiesko, paznokciem. - Dalej mówisz na niego Misiek.
- To zdrobnienie jego imienia. Tak, jak twojego to Melka. Ogarnij.
- Ale on też był siatkarzem! - Próbowała.
- Nadal nim jest - uśmiechnęłam się cynicznie.
- Nadal masz do niego słabość, ale to już niedługo.

   Wykłady mijały mi potwornie długo, wręcz ślamazarnie. Przyznam, że bardziej emocjonujący od nich byłby wyścig kamiennych posągów... Wszystkie słowa, wydobywające się z ust wykładowców, wpuszczałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Cały czas myślałam o tym, co powiedziała mi Amelia. Czy na serio miałam słabość do Kądzioły? Nie. Odpowiedź krótka, zwięzła i na temat. Był moją szczeniacką miłością, kolegą z blokowiska. Pamiętam, jak mnie wkurzał, gdy ciągał mnie za włosy. Krzyczałam na niego w takich momentach niemiłosiernie. Z moich ust wylewały się obelgi i wyzwiska pod jego adresem. Gdy mieliśmy po kilkanaście już lat, po raz pierwszy ten potok bluźnierstw zatrzymał pocałunkiem, a nie rzucaniem patykami. Od tamtego zdarzenia, co jakiś czas, byliśmy parą. Trzymaliśmy się za ręce, kradliśmy sobie całusy w ślepych uliczkach, chodziliśmy na romantyczne spacery po parku w półmroku. Tamte lata wspominam z uśmiechem na twarzy i łzami w oczach. To już nigdy nie wróci. Beztroska, zabawa, proste odpowiedzi i błahe pytania... To wszystko przepadło. To nie legendy rocka, które po paru dekadach nagrywają nową płytę. To czas, którego nie da się cofnąć, ani odzyskać.
   Skończyłam zajęcia i z obrazem Miśka, uśmiechającego się do mnie zachęcająco z wyciągniętą ręką, by zabrać moją osobę na przechadzkę, powoli zaczęłam zbierać swoje rzeczy i wychodzić z auli. To były moje ostatnie minuty męki, które podsumowałam słowami Dzięki Bogu.
   Wyszłam z uniwersytetu i skierowałam się w stronę mieszkania. Pomyślałam, że po udanym kolokwium (byłam pewna dobrej oceny) zabiorę przyjaciółkę do kina na jakiś ciekawy film. Wyciągnęłam z kieszeni komórkę i przejrzałam recenzje produkcji, które akurat gościły na ekranach rzeszowskiego Multikina. Znalazłam odpowiedni i uśmiechnęłam się. Wyciągnęłam z torebki lustrzanki i założyłam na nos. Słońce świeciło coraz mocniej, a ja wcale nie żałowałam, że mam na sobie jeansowe szorty i niebieską bokserkę z koronką na plecach.
- Lena! - Usłyszałam za sobą męski głos. - Lena!
   Zatrzymałam się gwałtownie (miałam wrażenie, że podeszwy moich adidasów zapiszczały) i poczułam, jak ktoś wpada na mnie z impetem. Prawie że straciłam równowagę.
- Przepraszam. Nie zauważyłem, kiedy stanęłaś - wymamrotał Pit, przeczesując z zakłopotaniem dłonią swoją czuprynę.
- Nic się nie stało. Mogę ci w czymś pomóc? - Spytałam, uśmiechając się lekko.
- Właściwie nie, chociaż miałem się spytać, czy nie wybierzesz się ze mną do kina.
- Mela cię przysłała?
- Co? - Spytał zdezorientowany.
- Pytam, czy...
- Wiem, o co zapytałaś. Nie. Sam przyszedłem i od wczorajszej wizyty w waszym mieszkaniu z nią nie rozmawiałem.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę? - Spytałam, ot tak.
- Nie wiedziałem. Przechodziłem tędy. Minąłem cię i po chwili zorientowałem się, że to ty, więc zawróciłem. Na szczęście nie było za późno - uśmiechnął się.
- Tak.
- Co tak?
   Czy tylko ja byłam taka roztrzepana, czy on aż tak nierozgarnięty? Normalnie stawiałabym na siebie, ale teraz nie mam pewności.
- Tak, pójdę z tobą do kina.
- Super! Sprawdzałem seanse. Lubisz sensację?
- Jasne - potwierdziłam.
- Okay. Wpadnę po ciebie o - zastanowił się - siódmej. Pasuje?
- Pasuje - pokiwałam głową.
- Oczywiście potem odwiozę cię z powrotem - uprzedził.
   Chyba uprzedził...
- Nie pozwolę, żebyś się szwendała po Rzeszowie późnym wieczorem.
- Jesteś perfekcjonistą? - Zaśmiałam się.
- Na boisku chciałbym nim być, a w życiu... No cóż, staram się.
- Szkoda czasu - stwierdziłam. - Nie staraj się, to nigdy nie wychodzi - wzruszyłam ramionami. - Z resztą, roztrzepani ludzie są bardziej intrygujący. Do siódmej - uśmiechnęłam się i odwróciłam.
   Idąc powoli przed siebie, usłyszałam ciche i niepewne Cześć. Jaki on jest uroczy!

   Weszłam do mieszkania. W środku była już moja współlokatorka. Zdjęłam adidasy i podreptałam przed telewizor, gdzie czekała Melka. Znałyśmy się, jak łyse konie. Zawsze tam na mnie czekała, gdy szłam na randkę, choć nie wiem, czy to była randka.
- Opowiadaj - wręcz zażądała.
   Postanowiłam zaspokoić jej ciekawość.
- Pit zaapelował się, że to on stawia bilety - pokiwała głową z uznaniem. - Jak powiedziałam, że zapłacę za swoje nachos'y to próbował zaprotestować, ale zrezygnował, gdy posłałam mu karcące spojrzenie.
- Darmowa wałówka, dziewczyno!
- Możesz mi nie przerywać? - Mruknęłam. - Dziękuję. Nie chcę go naciągać. Kupiliśmy sobie po nachos'ach i dużą colę na spółę. Całej nie dałabym rady. Film był sensacyjno-kryminalny. Bardzo ciekawy i pełen różnych efektów, które robiły na mnie ogromne wrażenie. Po rozmowie, którą odbyliśmy w jego samochodzie, dowiedziałam się, że on też był nimi zachwycony. Po seansie zaprowadził mnie do auta. Non stop towarzyszył nam śmiech. Może przesadziliśmy z kofeiną? - Zamyśliłam się. - W każdym razie - wróciłam do rzeczywistości - jak na dżentelmena przystało, otworzył mi drzwi, poczekał aż wsiądę, zamknął je i zajął miejsce obok.
- Jak w amerykańskim filmie! - Westchnęła z zazdrością.
- Nie przerywaj mi! Co ja... A właśnie! Po drodze, na moją prośbę, opowiadał mi o treningach i zgrupowaniach kadry. Mieliśmy na to mnóstwo czasu, bo wpakowaliśmy się w korek. Nie wiem, co mnie bardziej fascynowało: efekty filmowe czy sposób w jaki opowiadał i co opowiadał. Zrobiło mi się zimno, więc dał mi swoją klubową bluzę, która leżała na tylnym siedzeniu. Kurde, zapomniałam mu ją oddać - wybąkałam, patrząc na soviackie logo na swojej piersi.
- Jak się pożegnaliście? - Spytała zaintrygowana.
- Piter wysiadł z samochodu, otworzył mi drzwi. Miał czystą furę (sam przyznał, że popołudniu był na myjni), więc oparłam się o nią. Stanął naprzeciw mnie. Chyba był trochę speszony. Podziękowałam mu za miły wieczór, pośmialiśmy się jeszcze przez moment, przytuliłam go i powiedziałam, że już dam sobie radę. Zatrzymał mnie jeszcze pod klatką i wymieniliśmy się numerami. Nie wiem, czy nie zauważył, że dalej mam jego bluzę, czy nie chciał tego zauważyć. W każdym razie, było miło - podsumowałam.
- Do niczego nie doszło?
- Do niczego - potwierdziłam.
- Czujesz coś do niego?
- Polubiłam go, ale nic więcej - wyznałam szczerze.
- Dziewczyno, ale ty jesteś uparta!
- Oporna - poprawiłam ją.
- Oj, na jedno wychodzi! Strasznie trudno będzie ci wybić z głowy Kądziołę - powiedziała zrezygnowana.

Od autora:

Nie wiem, co tu napisać... Wylałabym tu swoje żale, ale to byłoby takie standardowe i nudne... A ja chyba taka nie jestem. Chyba. Niewiele z Was, a tak na prawdę tylko jedna osoba, zna mnie poza Internetem i miała okazję zamienić ze mną parę słów twarzą w twarz. Dzięki, Asiek.

Małe nawiązanie do Kądzioły w tym rozdziale. Trochę wyjaśnia i mam nadzieję intryguje. Czekajcie na więcej, bo sądzę, że warto. Oby.

Sprawa numer jeden z końca zeszłego tygodnia: NOWE KOSZULKI SKRY!
Wiecie, hotki sikają (w tym Karol i ja :D). Powalili wszystkich na łopatki! Totaaaaaaaaaal!
Pierwsze wrażenie było niesamowite! Leżysz i kwiczysz. Nie wiesz, co ze sobą zrobić.

POZA TYM ARGENTYŃSKIE ZACIĄGI BEŁCHATOWIAN MNIE PRZERAŻAJĄ xD
Te zdjęcia z restauracji... Ach, cóż za artyści :D

KUBAK TATUSIEM!
No to, kurwa, jakiś płodny zeszły tydzień był, haha. Gratulacje dla Moniki i Michała :D Kto następny? Może Arek Wlazły doczeka się rodzeństwa? :D

Nie będę więcej pisać, bo nie mam czego. Zero weny. Zero dopracowania, którego (nie wiem, jakim cudem) dopatrzyła się Judyta.

Możecie na mnie mówić 'Aleksowaa' albo po prostu 'Zuza'.

Pozdro600.

piątek, 4 października 2013

Dzień pierwszy

Możesz mnie mieć na własność, nawet jeśli mnie nie znasz.


PONIEDZIAŁEK

*jakiś czas później*

   Szłam lekko zaniedbanym chodnikiem, wracając z uczelni. Moje kroki były równe, a podeszwy trampek, w które się przyodziałam, stąpały po betonowych płytach, niczym tren sukni ślubnej, miękko, gładko i taktownie. Wokół mnie kręciło się mnóstwo ludzi, z każdych drzwi wylewały się dzikie stada rasy ludzkiej. Podążałam ze spokojem środkiem miasta w godzinach popołudniowego szczytu.
   Dzień był ponury, niebo zachmurzone, ciśnienie niskie, a powietrze jakby stęchłe i bez zawartości tlenu, którego wciąż brakowało w moich płucach. Może to za sprawą tego, że tępo mojego chodu było zawrotne. Zdziwiłam się nawet, że jeszcze na nikogo nie wpadłam, a zwracając uwagę na moje roztrzepanie, było to, co najmniej, dziwne, żeby nie powiedzieć niepokojące.
   Moje stopy oderwały się od płyt i teraz miękko stąpały po zazielenionym trawniku. Nie lubiłam chodzić dookoła bloku, więc zawsze wybierałam drogę na skróty. Trzeba było tylko uważać, żeby nie potknąć się o wystające korzenie rosnących nieopodal dębów, które jesienią nabierały wszystkich ciepłych odcieni.
   Zerknęłam na moment na niebo, wiszące nad moją głową, które spowiły szare chmury. Nie były one burzowe, ale z pewnością deszczowe. Przyspieszyłam kroku. Cały radosny błękit, którego dziś i tak było niewiele, został zasłonięty wszystkimi delikatnymi szarościami. Za obłokami można było dojrzeć słońce, które nie miało żadnych szans w starciu z kłębami skroplonej pary wodnej.
   Poczułam na policzku kroplę wody. Zaczynał siąpić deszcz. Pojedyncze kropelki spadały na ziemię. Na moje szczęście wejście na klatkę schodową było, jak rzut beretem. Obejrzałam się za siebie. Nad Rzeszowem panowało oberwanie chmury, czego nawet nie zapowiadały te pojedyncze oznaki opadów. Tafla lejącej się z nieba wody powoli zmierzała ku osiedlu, na którym mieszkam.
   Wpisałam kod otwierający drzwi i, zaraz po usłyszeniu otwieranego zamka, popchnęłam je. Przekroczyłam próg i poczęłam przeszukiwać kieszenie. Odnalazłam dobrze znany mi przedmiot i schodami podążyłam na drugie piętro budynku.
   Pokonując ostatni schodek, zauważyłam wysokiego chłopaka, stojącego pod trzydziestką szóstką, mieszkaniem moim i mojej przyjaciółki, Amelii. Minęłam go bez słowa i przekręciłam klucz w zamku. W środku było pusto, sugerując się systemem, który ustaliłyśmy.
- Przepraszam, mieszkasz tu? - Usłyszałam za sobą nieśmiały głos.
   Odwróciłam się twarzą do pytającego.
- Tak. Od paru miesięcy. Mogę w czymś pomóc?
- Mam tu pewien adres - wyciągnął z kieszeni kartkę i podał mi ją. - To tutaj?
- Tak. Kto dał ci ten adres?
- Pewna dziewczyna.
- Wiesz, jak miała na imię?
- Niestety nie. Tego właśnie chciałem się dowiedzieć.
   Wyciągnęłam z portfela zdjęcie przyjaciółki.
- To ona? - Spytałam, pokazując fotografię.
- Tak, to ona. Znasz ją?
- Jasne. Wchodź - powiedziałam, zapraszając go gestem ręki do środka.
- Zdejmować buty? - Spytał, stając w przedpokoju.
- Byłoby miło. Mniej sprzątania.
   Zaśmiał się. Chyba go to lekko rozbawiło... Albo był tak speszony, że atmosferę próbował poprawić odrobiną swojego - przyznam - uroczego śmiechu.
   Mieszkanie było 3-pokojowe. Dwa pokoje służyły nam za sypialnie a trzeci - największy - za pokój dzienny. Posiadałyśmy również łazienkę z natryskiem oraz aneks kuchenny, znajdujący się w ostatnim, z wspomnianych wcześniej, pokoi, w którym spędzałam dużo czasu wraz z Melką.
- Zapraszam - powiedziałam, kierując się ku drzwiom naprzeciw.
   Gość niepewnie ruszył za mną.
- Chodź, nie gryzę.
- Nie wątpię - zaśmiał się.
   Posłałam mu uśmiech na zachętę. Poczułam, że stres uszedł z niego, jak życie z ciężko rannego człowieka: z trudem, ale jednak.
- Usiądź sobie - wskazałam jeden z krwistoczerwonych foteli. - Już dość się nastałeś.
   Uśmiechnął się i zajął miejsce.
- Napijesz się czegoś? Kawa? Herbata? Woda? Sok?
- Herbatę bym prosił.
   Zadziwiła mnie jego grzeczność. Nie była taka pedantyczna, ale mimo to rażąca, kiedy żyje się wśród ludzi odwiecznie rzucającymi kurwami w sytuacjach, w których nie było nawet sensu tego robić. A może to tylko pozory? Może chce uśpić moją czujność, lub szybko zdobyć zaufanie?
   Wstawiłam wodę i zorientowałam się, że wciąż mam torbę na ramieniu.
- Przeproszę cię na chwilę - powiedziałam, wskazując ekwipunek.
- Dobrze - odpowiedział uprzejmie, uśmiechając się lekko.
   Rzuciłam torbę przez drzwi do sypialni i wróciłam do gościa.
- Na Amelię sobie jeszcze poczekasz. Kończy wykład za dwadzieścia minut - stwierdziłam, patrząc na zegarek - więc jeśli za pół godziny się tu zjawi to masz szczęście.
- Rozumiem, czyli ta dziewczyna ze zdjęcia ma na imię Amelia?
   Pokiwałam powoli głową, zalewając herbatę wrzątkiem.
- A ty? Jak masz na imię?
- Magdalena, ale możesz do mnie mówić Lena - przedstawiłam się. - Czy jak tam sobie chcesz - mruknęłam, wzruszając ramionami. - Sam wrzątek?
- Wolę nie - odrzekł.
- Dobra - powiedziałam, dolewając mu zimnej, przygotowanej wody. - Z cytryną?
- Nie.
   Postawiłam oba kubki na stoliku przed nim, a cukier i pudełko kruchych ciastek, które moja przyjaciółka zwiozła kilogramami od swoich rodziców, wyciągnęłam z szafki spod telewizora.
- Jak poznałeś Melkę? - Spytałam, biorąc łyk ciepłej, ale nie gorącej, cieczy.
- Nietypowo - przyznał. - To z pewnością - uśmiechnął się. - Zaczepiła mnie na ulicy, dała kartkę z adresem i powiedziała, że jeśli nie przyjdę i tak mnie znajdzie, bo wie, gdzie trenuję.
   Idiotko, skarciłam się w duchu.
- Piotrek, prawda?
- Tak - odpowiedział zdziwiony. - Nie przedstawiłem się?
- Nie - potwierdziłam.
- Ale ze mnie nietaktowny facet! - Pokręcił głową z niedowierzaniem.
- No co ty! - Zaśmiałam się. - Nawet tak nie myśl! Głupio się spytałam, od razu powinnam cię skojarzyć, w końcu uwielbiam siatkówkę.
- Kibicujesz Sovi?
- Okazyjnie. Wolę sezon reprezentacyjny, ale przyznam, że byłam na paru meczach ligowych.
- Kiedy ostatni raz?
- W ubiegłym sezonie na jednym z ćwierćfinałów.
- Super - uśmiechnął się.
- Też się cieszę - upiłam kolejny łyk. - Słuchaj, Melka powiedziała coś więcej?
- Właśnie nie - powiedział zażenowany. - Przyciągnęła mnie ciekawość.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła - puściłam mu oko. - Co z niej za dziecko - wyjęczałam, zmieniając ton. - Ciekawe, co tym razem namiesza.
- To znaczy?
   Moje dość tajemnicze stwierdzenie przykuło jego uwagę.
- Ostatnim razem, jak przysłała nam do mieszkania jakiegoś chłopaka to oskarżono ją o handel narkotykami. Ostatecznie oskarżenie zostało wycofane.
- Przebojowa dziewczyna - zaśmiał się.
- Czasami trudno za nią nadążyć, a przede wszystkim z nią wytrzymać.
   Ktoś wszedł do mieszkania. Ktoś, oczywiście Amelia, bo kto inny by nawijał od progu? Pokazałam Piotrkowi, żeby milczał. Posłusznie pokiwał głową i wysłał mi cwaniacki uśmieszek. Mała nauczka się należy tej burzy loków.
- Cześć, siostra! - Krzyknęła, zapewne zdejmując buty. Moje przypuszczenie potwierdził odgłos walnięcia czymś o szafkę w przedpokoju. - Kuźwa, po co ja kupowałam te cholerne buty? - Spytała, skarżąc się na sryliard pasków. - Nie uwierzysz! Uciekałam z ostatniego wykładu tak szybko, że omal nie zaliczyłabym gleby przed samym uniwersytetem. Myślałam, że mnie jasny szlag trafi.
   Według moich wyliczeń i wspólnego mieszkania z tą niewiastą, byłam pewna, że właśnie weszła do pokju by się przebrać. Po chwili kontynuowała:
- Nie dość, że sobie prawie nogi połamałam, błyskotliwa ja, to przypomniało mi się, że zaprosiłam do nas jednego z siatkarzy!
   Pit spojrzał na mnie porozumiewawczo. Skinieniem dłoni kazałam mu zostać na miejscu.
- Biegnę do mieszkania na łeb, na szyję. Deszcz okropny.
   Spojrzałam za okno. Nadal padało. Krople niemiłosiernie waliły o zewnętrzny parapet.
- Wbiegam po schodach, potykając się paręnaście razy przez te głupie buty, patrzę, a jego nie ma. Niech to... Pan jasny. Wiesz co chciałam powiedzieć, ale nie przeklinam. O nie. Powtarzałam mu chyba z trzy razy, żeby na mnie czekał.
   Weszła do łazienki. Siłą dedukcji wnioskuję, że po ręcznik, by osuszyć mokre włosy. Coraz głośniejszy jej głos wskazywał, że idzie w kierunku pokoju, w którym siedziałam razem z Piotrem.
- Powiedziałam, żeby, pod żadnym pozorem, nie wchodził do środka.
   Stanęła w progu.
   Powiem szczerze, że jej mina była bezcenna: rozdziawione usta, wybałuszone oczy, które wrzeszczały, błagając o wyjaśnienie, i złością oczywiście. Po chwili się ocknęła. Zamrugała parę razy, zamknęła buzię i usiadła na trzecim z foteli.
- Cześć - powiedzieliśmy równocześnie, zduszając chichot.
- Nie mogłaś mi wcześniej powiedzieć, że mamy gościa? - Spytała jadowicie, patrząc na mnie jak spode łba.
- Po pierwsze sama powinnaś wiedzieć, że będziemy mieć gościa, a po drugie, nie dałaś mi dojść do słowa. Poza tym, nie zauważyłaś, że w przedpokoju stoją adidasy, które są, z pewnością, na mnie za duże, a na ciebie tym bardziej?
- Jakby świeciły w ciemności to może bym dostrzegła! - Odparła oburzona.
- Dziewczęta - Pit pomachał do nas, przerywając zwalanie winy z jednej na drugą. - Chyba powinienem już iść. Po pierwsze - spojrzał na mnie, jakby chciał podkreślić, że to ja przed chwilą wypowiedziałam te słowa - mam trening. Po drugie, nie potrzebujecie mnie chyba do kłótni?

Od autora:

Mała zmiana planów. To jest, nie mam w piątki basenu i raczej mieć go nie będę, więc wielce możliwe, że to właśnie w ten dzień tygodnia będą dodawane kolejne rozdziały. W tym tygodniu wyjątkowo pojawiły się dwie notki. Jak wcześniej wspominałam na jeden tydzień przypada jedna porcja opowiadania. W tym przypadku jeden dzień z życia Leny.

Zbieżność imienia głównej bohaterki jest przypadkowa, Asiu :) Już dużo wcześniej miałam to opracowane. Tylko piszę, nic nie sugerując.

Jeśli chodzi o informowanie to wystarczy napisać swój nick w zakładce "Kontakt".

Wyznawajcie zasadę CZYTAM = KOMENTUJĘ, bo to na prawdę pomaga. Z resztą, wy również oczekujecie od swoich czytelników komentarzy. Ja staram się komentować zawsze, gdy przeczytam rozdział w jakimś opowiadaniu. Zostawiam po sobie ślad.

To chyba wszystko, co chciałam Wam powiedzieć... A nie!

Słyszeliście o tym, że Winiar będzie miał drugiego synka? Gratulacje, Michale! Oby rósł duży i zdrowy i w przyszłości może też reprezentował barwy naszego kraju? Kto wie, kto wie...

Pozdrawiam, Aleksowaa <3